Ten rysunek powstał po dłuższym kryzysie twórczym. To był pierwszy moment, kiedy wróciłam do portretu z większym zaangażowaniem, ale też z dużym napięciem.
Inspiracją była postać Stworzenia z filmu „Frankenstein” Guillermo del Toro. Ta kreacja bardzo mnie poruszyła. Nie jako „potwór” w klasycznym sensie, ale jako istota jednocześnie brzydka i piękna, niewinna i dramatyczna, pełna sprzecznych emocji, a przy tym najbardziej ludzka spośród wszystkich bohaterów tego filmu. To była kreacja aktorska, która na długo zostaje w głowie i wywołuje dużo emocji. I właśnie te emocje chciałam przełożyć na rysunek.
Na początku pracy wszystko było jeszcze w miarę spokojne — szkic, proporcje, podstawowa forma.

Dopiero kiedy zaczęłam budować cienie, zaczęły się problemy.
Zaczęło się od wrażenia, że coś jest nie tak z twarzą. Patrzyłam na nią i widziałam zapadnięte policzki, zbyt ciężkie cienie pod okiem, brak podobieństwa. Miałam poczucie, że rysunek „idzie w złą stronę”. W pewnym momencie byłam już prawie pewna, że trzeba go wyrzucić albo zacząć od nowa. To był ten moment, kiedy patrzy się na własną pracę i widzi się tylko błędy, bez żadnej równowagi.

Odłożyłam go. Nie poprawiałam nic przez dwa dni. W tym czasie miałam silne przekonanie, że to jest nieudany rysunek, że światło jest źle ustawione, że twarz jest niepodobna i że całość się nie broni. To nie była analiza techniczna, tylko emocjonalna reakcja — bardzo ostra i jednoznaczna.
Kiedy wróciłam do rysunku po przerwie, zobaczyłam go inaczej. W zasadzie byłam nawet zdziwiona, że wcale nie jest taki zły jak go zapamiętałam. Nadal widziałam rzeczy do poprawy, ale przestał wyglądać jak „porażka”. Zobaczyłam w nim potencjał – że proporcje są w porządku, że twarz ma klimat, że jest w niej coś, co działa. Problem nie polegał na tym, że rysunek był zły, tylko na tym, że światło i wartości tonalne nie były jeszcze domknięte, a ja patrzyłam na niego w stanie zmęczenia i frustracji.
Największy problem dotyczył światła. Zbyt mocno rozjaśniłam niektóre partie twarzy, przez co kontrast się pogłębił i niektóre części twarzy się zapadły. Cienie, które miały budować formę, zaczęły wyglądać na zbyt ciężkie, a jasne miejsca wybijały się nienaturalnie. To dało efekt „rozbitej” twarzy — coś, co w pierwszym odbiorze wyglądało jak błąd konstrukcyjny, a było w rzeczywistości błędem w rozłożeniu światła i cienia.
Dopiero kiedy odsunęłam emocje, zobaczyłam, że nie trzeba tego rysunku przebudowywać. Nie był do wyrzucenia. Był po prostu niedokończony. Wystarczyło wrócić do proporcji jasności i ciemności i wyrównać kilka miejsc, zamiast walczyć z całą twarzą.
W tym procesie bardzo ważna była inspiracja – postać Stwora – bardzo ludzka, niewinna, wrażliwa, a jednocześnie fizycznie zdeformowana. To zestawienie piękna i brzydoty, które nie wykluczają się, tylko istnieją jednocześnie, było dla mnie kluczowe. Ta kreacja aktorska zrobiła na mnie duże wrażenie, bo pokazywała, że „brzydota” nie odbiera człowieczeństwa, tylko je czasem jeszcze bardziej odsłania.
Ten rysunek był próbą wejścia w ten temat. Nie chodziło o idealnie narysowaną twarz, tylko o coś bardziej niejednoznacznego — o pokazanie tego ludzkiego wrażliwego, skrzywdzonego Stworzenia i pewien rodzaj niedoskonałości, która nie jest błędem, a raczej uszlachetnia.
Najtrudniejszy moment był taki, kiedy byłam przekonana, że rysunek jest do wyrzucenia. To nie wynikało z rzeczywistej oceny, tylko z przeciążenia i zmęczenia. W takim stanie wszystko wygląda gorzej niż jest w rzeczywistości. Dopiero dystans pokazał mi, że fundament jest dobry.
Finalnie zdecydowałam się go nie przebudowywać od nowa, ale nanieść konieczne poprawki.
Zostawiłam go po dopracowaniu kluczowych miejsc, głównie światła i cieni, bo dalsze poprawki zaczęłyby już niszczyć to, co w nim działało. To był świadomy moment zatrzymania pracy, a nie rezygnacja z niej.

Postać Stworzenia postanowiłam zestawić na moim rysunku z motylem.
Motyw ten w filmie przewijał się wielokrotnie, ale nie było go w referencji. Dorysowałam go świadomie. Motyl wprowadza w rysunku kontrast. Jest lekki, delikatny, efemeryczny, prawie przezroczysty. Zderza się z ciężarem tej twarzy, z pęknięciami skóry, z tym dziwnym napięciem między brzydotą i spokojem. W interpretacji, którą stworzył Guillermo del Toro, Stwór nie jest tylko potworem. Jest kimś bardzo ludzkim. Jego twarz jest zdeformowana, poskładana z fragmentów, ale jednocześnie ma w sobie coś niewinnego.
Najważniejsze jest jednak jego spojrzenie. Postać nie patrzy na widza. Patrzy na motyla.
I w tym momencie rysunek przestaje być tylko portretem inspirowanym filmem. Staje się sceną. Chwilą zatrzymania. Spotkaniem dwóch kruchych istot. To właśnie w tym zestawieniu zobaczyłam sens tej postaci. Piękno, które pojawia się tam, gdzie na pierwszy rzut oka jest tylko brzydota.

Ten rysunek jest dla mnie ważny jeszcze z jednego powodu. Był pierwszym mocnym rysunkiem po dłuższym czasie, kiedy trudno było mi rysować. O moim kryzysie twórczym pisałam już wcześniej tutaj.
Lubię go nie dlatego, że wyszedł idealnie. Tylko dlatego, że przypomniał mi jedną prostą rzecz: czasem trzeba po prostu zostać przy rysunku trochę dłużej, nawet jeśli w pewnym momencie wydaje się, że wszystko poszło źle.
Nie jest on tylko efektem końcowym. Jest zapisem procesu, który był bardziej o patrzeniu niż o rysowaniu. O tym, jak łatwo stracić zaufanie do własnej pracy, kiedy patrzy się na nią zbyt długo i zbyt krytycznie. I o tym, że czasem trzeba po prostu dać sobie czas, żeby zobaczyć ją na nowo.