+48665841456 kontakt@kingaluczak.pl

Nie ma chyba na świecie osoby zajmującej się sztuką, której prędzej czy później nie dopadłby kryzys twórczy. Mnie także „przyplątał się” on kilka miesięcy temu. Nie mogłam znaleźć inspiracji, ani pomysłu na nowy rysunek. Żadna referencja mi się nie podobała. Brakowało mi radości z rysowania. Czułam ochotę, żeby coś narysować, ale nie mogłam się na nic zdecydować. Na dodatek, gdy już coś udało mi się skończyć, nie byłam zadowolona z efektu i bardzo krytycznie podchodziłam do swoich prac. Zaczęło mi się wydawać, że przestałam robić postępy, albo jeszcze gorzej – że nastąpił regres i rysuję gorzej niż kiedyś. Jakby tego było mało obserwowałam w sieci prace innych rysowników, w tym „fotorealistów” i „hiperrealistów”. Zastanawiałam się, czy nie powinnam rysować tak jak oni, tak szczegółowo, tak precyzyjnie. Do tamtej pory  nigdy nie chciałam  tak rysować, ponieważ dla mnie rysunek miał być rysunkiem, a nie imitacją fotografii. Uważałam, że od zdjęć jest aparat fotograficzny, a nie ołówek. Rysunek jest interpretacją, wyborem, a nie kopiowaniem świata piksel po pikselu. Zaczęłam wtedy podważać zasadność swojego zdania na ten temat.

Aż kiedyś zupełnie przypadkowo natknęłam się na pojęcie krzywej mistrzostwa. Krzywa ta pokazuje sposób, w jaki uczymy się nowych rzeczy od zupełnego braku umiejętności do biegłości w danej dziedzinie. Dotyczy to nauki malarstwa, języka obcego, gry na instrumentach i każdej innej dziedziny.

Na początku rozwijamy się szybko, szybko nabywamy nowe umiejętności, widzimy postępy i jesteśmy z siebie zadowoleni. Nakład naszej pracy jest współmierny do osiąganych efektów. Potem następuje płaskowyż – moment, kiedy po szybkim wzroście nagle nic się nie dzieje. Kiedy mamy poczucie, że stoimy w miejscu albo, że ilość pracy jest niewspółmierna do efektów. I wtedy najczęściej przychodzi zniechęcenie. Myśl, że może nie mamy talentu, że może nie jesteśmy wystarczająco zdolni, wystarczająco dobrzy, aby uczyć się danej dziedziny. Jeśli w tym miejscu rezygnujemy, wszystko się kończy. Jeśli pracujemy wytrwale bez względu na efekt –  przychodzi kolejny wzrost. A po nim znów płaskowyż. I znów wzrost…

Dokładnie tak wygląda proces uczenia się wszystkiego,  co wymaga czasu i głębokiej zmiany w sposobie działania. Na początku postępy są szybkie i spektakularne, bo uczymy się podstaw. Potem wchodzimy w strefę niuansów, subtelności, precyzji — i tam już nie ma fajerwerków. Jest żmudne ćwiczenie. I to jest moment, w którym nie należy się zatrzymywać. To jest moment, który trzeba po prostu przetrwać!

To co tworzymy nie podoba nam się, bo zmienia się sposób patrzenia. A ręka musi się wyćwiczyć, żeby dogonić oko. W moim przypadku doszło jeszcze to, że zaczęłam się porównywać, zamiast być wierna sobie. Zaczęłam pytać nie „co chcę narysować”, tylko „czy to jest wystarczająco dobre”. I w tym pytaniu nie było już miejsca na radość, lekkość i pasję. I nagle gdy przeczytałam o krzywej mistrzostwa, wszystko zaczęło mieć sens. To napięcie, to niezadowolenie, to wrażenie, że kiedyś było lepiej.

Kiedyś było łatwiej, bo mniej widziałam. Teraz widzę więcej — i dlatego więcej mi nie pasuje. To nie jest regres, tylko postęp!

Wtedy postanowiłam, że mimo wszystko „przerysuję” ten czas kryzysu, że nie będę szukać idealnych referencji, jakby od nich zależało, czy rysunek się uda. Zaczęłam brać fragmenty, które mi się podobały. Twarz z jednego zdjęcia, światło z innego, nastrój z trzeciego. Rysowałam to, co w danym zdjęciu mnie urzekło, resztę pomijałam albo zmieniałam na coś, co bardziej mi pasuje. W końcu pasja bierze się z przyjemności.

Nie muszę rysować tego, co innym wychodzi pięknie, a mnie męczy. Nie muszę udowadniać niczego techniką, tematami ani ilością pracy. Każdy rysownik ma inną rękę, inne oko i inne rzeczy, które go poruszają. Styl nie bierze się z ćwiczeń, tylko z wyborów. Z tego, co zostawiamy, a co odrzucamy. Ja teraz bardzo ochoczo odrzucam z referencji różne elementy!

Znajduję satysfakcję nie w tym, co na końcu, ale w tym, co po drodze. W samym rysowaniu. Bo jeśli cała radość jest tylko w efekcie, to każdy rysunek jest stresem. A jeśli radość jest w procesie, to każdy rysunek już jest spełnieniem, niezależnie od tego, czym się ostatecznie stanie.

Gdy przyjdzie kolejny „płaskowyż”, nie będę myślała o nim jak o kryzysie twórczym i braku natchnienia. Raczej jak o naturalnym etapie rozwoju. I będę czekać na kolejny wzrost, bo przyjdzie na pewno.