Wczoraj narysowałam głowę Dawida Michała Anioła. Od dawna nosiłam się z pomysłem narysowania rzeźby. Długo zastanawiałam się nad referencją. Wybrałam nie byle jaką, tylko tę najbardziej znaną na świecie. Trochę z ciekawości, trochę z potrzeby sprawdzenia się, a trochę dlatego, że w pewnym momencie takie rzeczy po prostu zaczynają „chodzić po głowie” i nie dają spokoju.
Najtrudniej było zmierzyć się z fakturą i nie zapomnieć, że rysuje się kamień, a nie żywego człowieka, że ta postać, nie poruszy się, nie zmieni minimalnie pozycji, że jest statyczna i zawsze taka sama. Nie ma mikroruchów i nie wybaczy pewnych zmian, na które można sobie pozwolić portretując człowieka. Bo odruchowo ręka chce robić to, co zawsze — wygładzać, miękko przechodzić, „ładnie modelować”. A tutaj po prostu tak się nie da. Trzeba było się trochę przestawić w głowie i przestać traktować to jak portret żyjącej osoby. Bardziej jak bryłę z załamaniami światła.
Najciekawszym doświadczeniem (choć może nie do końca udanym) były włosy. Fryzura każdej rzeźby to masa, coś jak labirynt form, który trzeba postrzegać jak bryłę. I to było dla mnie ważne, bo włosy zawsze były moją piętą achillesową. O problemach z ich rysowaniem pisałam tutaj. Zamiast bryły widziałam pojedyncze pasma, gubiłam się w szczegółach, zamiast opisywać całość brnęłam niepotrzebnie w detale. A tutaj nie było ucieczki. Trzeba było je potraktować jak jedną zwartą formę, bo są tu zwartą formą. Uważam, że jest to cenne ćwiczenie pomagające w nauce rysowania włosów. Od dziś za każdym razem, gdy będę rysować portret, włosy będę sobie próbowała wyobrazić najpierw jako kamienną formę.
Kiedy skończyłam rysować głowę Dawida, miałam bardzo konkretne wrażenie: mogło być w tym więcej kamienia. Więcej ciężaru. Więcej momentów, w których światło się urywa, zamiast grzecznie przechodzić dalej. Bo w tej rzeźbie są takie miejsca — bardzo ostre, bardzo konkretne — i trochę ich nie dowiozłam tak, jak bym chciała. Jednocześnie to jest ten dziwny etap, kiedy człowiek kończy rysunek i od razu widzi wszystko, czego nie zrobił, zamiast tego, co się udało. Klasyka.
Jednak obiektywnie patrząc — to ćwiczenie zrobiło jedną bardzo ważną rzecz: zmusiło mnie do patrzenia na formę, nie na rysowaną rzecz. I to jest inny tryb pracy. Trochę bardziej wymagający, trochę mniej wygodny, bo nie da się już chować za detalem.
Przy okazji wyszło też coś bardzo przyziemnego — narzędzia.
Wykonując ten rysunek wykorzystałam po raz pierwszy matowe ołówki Faber Castell. Te ołówki są piękne, dają czysty matowy efekt i przy grubej warstwie grafit nie błyszczy się jak przy standardowych ołówkach. Momentami jednak czernie trzeba z nich wyciągać trochę na siłę. Ich opór względem papieru jest dużo większy niż przy klasycznych ołówkach, co sprawiło, że przy tle i ciemnych elementach ręka bardzo się męczyła. Wtedy zaczęło się kombinowanie: inne naciski, inne warstwy. Myślę, że klasycznymi ołówkami, do których jestem przyzwyczajona, osiągnęłabym lepszy efekt końcowy i byłabym z tego rysunku bardziej zadowolona. Mimo wszystko wiem już jak pracują matowe ołówki i jak je wykorzystać przy kolejnych rysunkach, żeby osiągnąć lepszy efekt.
Ale eksperymenty to też jest część tego procesu — rysunek nie zawsze idzie dokładnie tak, jak się planuje. Czasem zamiast kontroli dostajemy negocjację z narzędziami i bolącą rękę.
Tak czy inaczej Dawid Michała Anioła jest to rzeźba wszystkim dobrze znana. Każdy wie jak ona wygląda, a przynajmniej ją kojarzy. Widziałam ją dziesiątki razy, w różnych ujęciach, w podręcznikach, w internecie, na zdjęciach. I może właśnie dlatego tak ciekawe było to, że nagle trzeba było spojrzeć na nią zupełnie inaczej niż dotychczas.
Nie wiem, czy ten rysunek jest skończony tak, jak bym chciała. Raczej nie. Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest dla mnie to, co się w trakcie jego tworzenia zmieniło. Nowa referencja, inny niż zwykle temat i narzędzia, po które wcześniej nie sięgałam sprawiły, że nie mogłam pracować na automacie. I to właśnie w takich sytuacjach najwięcej się dzieje. Zaczynasz podejmować inne decyzje, inaczej reagujesz na to, co widzisz, inaczej prowadzisz rysunek. Nie wszystko wychodzi równo i nie o to tu chodzi. Bo z takich doświadczeń zostaje coś ważniejszego — one budują rozwój, nawet jeśli na pierwszy rzut oka efekty nie są spektakularne.
