Dwadzieścia lat temu narysowałam portret Gerarda Butlera w roli upiora z musicalu „Upiór w operze”. Wtedy byłam przekonana, że zrobiłam dobry rysunek. Pracowałam nad proporcjami, pilnowałam szczegółów, starałam się oddać światło i fakturę materiałów. Włożyłam w niego dużo pracy i w tamtym czasie byłam z niego zadowolona.
Po latach postanowiłam wrócić do tego samego tematu i narysować go ponownie. Z ciekawości, ale też z konkretnego powodu – chciałam zobaczyć, jak bardzo będzie różnił się rysunek sprzed lat od tego, który powstaje dziś, na obecnym poziomie moich umiejętności. Okazało się, że takie spotkanie z własną przeszłością jest niezwykle pouczające.
Gdy skończyłam nowy portret i porównałam go ze starym, wyciągnęłam wiele wniosków. Patrząc na pracę sprzed dwudziestu lat, widzę wysiłek, który w nią włożyłam. Widzę też ograniczenia mojego ówczesnego spojrzenia – skupiałam się głównie na elementach twarzy: oczach, ustach, masce, fałdach materiału, starając się je poprawnie odtworzyć. Brakowało w nim jednak głębi, emocji, klimatu, psychologii i natury postaci – aspektów, na których dziś koncentruję się przede wszystkim.

Twarz to struktura napięć. Minimalna zmiana kąta ust może całkowicie zmienić wyraz. Delikatny cień pod okiem potrafi wprowadzić zmęczenie, chłód albo niepokój. Różnica między twarzą obojętną a twarzą z charakterem często wynika z bardzo subtelnych relacji między formami. Tego nie da się dostrzec od razu – tego uczy czas.
Dlatego powrót do tego samego tematu po dwudziestu latach jest tak fascynujący. Ręka oczywiście staje się pewniejsza i bardziej świadoma, ale najważniejsza zmiana zachodzi w sposobie patrzenia. Kiedyś odtwarzałam elementy, na które spoglądałam. Dziś dostrzegam konstrukcję twarzy, napięcia mięśni, asymetrię, relacje między światłem a cieniem, które budują charakter postaci.
W przypadku upiora z opery jest to szczególnie istotne. Ta postać istnieje dzięki kontrastowi – elegancki strój, spokojna poza, opanowanie – i jednocześnie twarz częściowo ukryta pod maską. Zawsze jest w niej napięcie między kontrolą a czymś znacznie bardziej niepokojącym (o różnicy miedzy rysowaniem osoby a rysowaniem postaci pisałam tutaj). Dwadzieścia lat temu rysowałam maskę i twarz. Dziś próbowałam uchwycić napięcie między nimi, wnętrze tej postaci.

Patrząc na oba rysunki, widzę jeszcze jedną rzecz. Dawniej starałam się pokazać jak najwięcej szczegółów – cienie były gęste, ale nie budowały bryły, powierzchnie mocno opracowane, materiały wyraźnie zaznaczone. Nic nie przykuwało i nie prowadziło wzroku widza – wszystko było równe. Dziś rysuję inaczej. Nie wszystko musi mieć jednakową wagę. Trzeba zdecydować, co chce się pokazać widzowi, na czym ma on skupić wzrok. To, co mniej istotne, upraszczam lub pomijam. W portrecie równie ważne jak to, co rysuję, jest to, z czego rezygnuję.
Porównanie tych dwóch rysunków pokazuje mi przede wszystkim jedną rzecz: rozwój nie polega tylko na technice. Najważniejsza zmiana dotyczy sposobu patrzenia na modela i referencję. Dwadzieścia lat temu widziałam znacznie mniej, niż wydaje mi się oczywiste dzisiaj. Nie chodzi o to, że wtedy rysunek był gorszy, a dziś lepszy. Chodzi o drogę – lata patrzenia, rysowania, prób, błędów i doświadczeń.
I właśnie dlatego warto czasem wrócić do starego tematu. Nie po to, by coś udowodnić, ale by zobaczyć wyraźnie, jak rozwinęło się spojrzenie i warsztat. Po takim doświadczeniu widać, że lata pracy nie idą na marne.