W praktyce portretowej bardzo szybko okazuje się, że rysowanie osoby i rysowanie postaci to dwa różne zadania, wymagające innego rodzaju uwagi i odpowiedzialności.
Rysując konkretną osobę rysuję w trybie: „Oddać człowieka takim, jakim jest na zdjęciu”. Nie mam nic, poza tym, co widzę. Nie mogę się do niczego odnieść poza formą: proporcjami, światłem, podobieństwem. Podejmuję mniej decyzji interpretacyjnych, jestem bardziej ostrożna, jest to rysunek mniej osobisty. To nie jest gorsze – to po prostu inny tryb pracy – mniej twórczo ryzykowny, bardziej usługowy. Nie wiem nic o życiu osoby portretowanej, ani targających nią emocjach. Nie wiem, czy ją lubię, czy nie lubię, bo w większości przypadków jej nie znam. Moim zadaniem jest wiernie i rzetelnie oddać to, co widzę, z szacunkiem dla człowieka na zdjęciu.
Rysunek osoby nie stawia oporu widzowi. Oko zatrzymuje się na twarzy, krąży po oczach, ustach i… nie ma gdzie utknąć. Nie dlatego, że portret jest źle narysowany. Tylko dlatego, że nie ma tu napięcia decyzyjnego – bo moim celem nie jest interpretacja, tylko równowaga i podobieństwo. Wszystko jest wyrównane, wszystko jest „sprawiedliwe”, żadna część twarzy nie zostaje potraktowana ostrzej kosztem innej. To jest portret z szacunkiem, ale bez ingerencji.


Rysując postać filmową lub teatralną, mam do czynienia z rolą. Rolę poznaję poprzez film, scenę, sposób, w jaki aktor ją kreuje oraz poprzez jej filmowe losy. Rysując taką postać, odwołuję się zarówno do tego, co wiem o niej z historii, jak i do tego, co widzę na kadrach filmu. Mój rysunek staje się interpretacją roli, a nie odwzorowaniem aktora. Nie rysuję wtedy twarzy jako formy samej w sobie. Rysuję ślad opowieści zapisanej w twarzy. Wkładam w to więcej serca – wybieram, co mnie w tej postaci inspiruje, co chcę podkreślić, jak prowadzę wzrok widza po kompozycji. Dlatego taki rysunek jest „jednorazowy” – odpowiada na konkretną postać i konkretny – wywołany przez nią – stan emocjonalny,


Przykład? Niech będzie to Anthony Hopkins. Rysując jego twarz jako człowieka, widziałabym tylko proporcje, światło, ułożenie włosów, starałabym sie oddać podobieństwo. Rysując Hannibala Lectera – postać, którą Hopkins stworzył – mogę pokazać pusty wzrok, elegancki uśmiech, przerażający spokój. Mogę zdecydować, co podkreślić, co zostawić, gdzie zbudować napięcie. To jest moje stanowisko wobec postaci, moja interpretacja.
Rysowanie roli i rysowanie osoby rozwijają różne umiejętności. W pracy nad rolą uczę się interpretacji, narracji, przekazywania emocji i charakteru. W pracy nad osobą ćwiczę obserwację, proporcje, anatomię i subtelne niuanse wyrazu. W obu przypadkach rysunek staje się wtedy nie tylko odwzorowaniem świata, ale też zapisem mojego spojrzenia na niego – w roli i poza nią.
To przełączanie trybów – z twórczego (interpretacyjnego) na użytkowy (reprezentacyjny) – jest dla mnie bardzo cenną umiejętnością. Sedno różnicy tkwi w tym, co mogę pokazać. W obu przypadkach rysunek wymaga skupienia, rzetelności i świadomości celu. Różni się tylko zakres wolności, na jaki mogę sobie pozwolić.