W styczniu napisałam na blogu tekst o różnicy między rysowaniem osoby a rysowaniem postaci. Możecie przeczytać go tutaj. Jako przykład podałam wtedy Anthony’ego Hopkinsa i Hannibala Lectera.
Nie było w tym nic przypadkowego. Lecter wydawał mi się idealnym przykładem. Anthony Hopkins jest aktorem. Hannibal Lecter jest postacią. Teoretycznie patrzymy na tę samą twarz, ale wiedziałam, że gdybym kiedyś usiadła do ich portretowania, byłyby to dwa zupełnie różne zadania.
Choć pisałam wtedy o Lecterze, nigdy wcześniej go nie narysowałam. Kilka dni temu postanowiłam to zmienić.
Nie był to spontaniczny wybór. Ta postać chodziła za mną od dawna. Lubię portrety psychologiczne i zawsze bardziej interesowało mnie to, co dzieje się pod powierzchnią twarzy, niż sama anatomia. Lecter fascynuje mnie właśnie dlatego, że wszystko, co w nim najbardziej niepokojące, pozostaje niemal niewidoczne.
Nie wygląda jak potwór.
Nie sprawia wrażenia groźnego.
Nie krzyczy, nie gestykuluje, nie próbuje dominować otoczenia.
Jest spokojny, kulturalny i opanowany.
I właśnie ten spokój budzi największy dyskomfort, bo jest tylko maską.
Od początku wiedziałam, że nie chcę narysować Anthony’ego Hopkinsa jako człowieka. Chciałam narysować Hannibala Lectera. Nie interesowało mnie samo podobieństwo ani wierne odtworzenie zdjęcia. Interesowało mnie to, co sprawia, że ta postać działa na widza.
To właśnie było dla mnie wyzwaniem.
Jak narysować człowieka, który budzi niepokój?
Jak pokazać inteligencję, kontrolę i chłód?
Jak narysować drapieżnika, ukrytego pod maską opanowanego i wykształconego mężczyzny w średnim wieku?
Praca nad portretem była jedną z tych sytuacji, kiedy sam proces daje niemal tyle samo satysfakcji co gotowy rysunek. Nie spieszyłam się. Po prostu obserwowałam tę twarz i szukałam sposobu, by przenieść na kartkę to, co od początku chciałam w niej pokazać.
Najtrudniejsze, ale kluczowe było spojrzenie.
Pisząc styczniowy tekst, określiłam je jako puste. Podczas rysowania zaczęłam jednak patrzeć na nie nieco inaczej. Im dłużej analizowałam twarz Lectera, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że nie ma w niej pustki.
Jest skupienie. Absolutne skupienie.
To nie jest wzrok człowieka nieobecnego. To spojrzenie kogoś, kto obserwuje. Analizuje. Czeka.
W pewnym momencie zaczęło kojarzyć mi się właśnie z drapieżnikiem. Nie z samym atakiem, ale z chwilą, która go poprzedza. Z cierpliwym oczekiwaniem. Z całkowitą kontrolą sytuacji.
To właśnie ten element próbowałam wydobyć najmocniej.
Nie filmowego potwora.
Nie seryjnego mordercę.
Interesował mnie niebezpieczny człowiek, który siedzi nieruchomo i patrzy. Człowiek, który nie zdradza niemal niczego, a mimo to trudno oderwać od niego wzrok.
Czy udało mi się to pokazać?
To pozostawiam ocenie widzów.

