Kiedy byłam w ósmym, może dziewiątym miesiącu ciąży, pomalowałam ścianę w pokoju mojego synka. Nad łóżeczkiem powstała wioska smerfów – małe domki w kształcie grzybów, drzewa i bohaterowie znani z bajki.
Dziś myślę o tym z lekkim uśmiechem, bo z perspektywy czasu wydaje się to dość ambitnym pomysłem jak na końcówkę ciąży. W tym czasie wiele osób raczej odpoczywa i przygotowuje ostatnie rzeczy dla dziecka, a ja stałam przy ścianie z farbami i pędzlami.
Pokój był wtedy jeszcze zupełnie pusty i świeżo przygotowany. Brakowało mu charakteru. Pusta ściana nad łóżeczkiem aż prosiła się o coś więcej niż tylko kolor farby.
Tak pojawił się pomysł na wioskę smerfów.
Najwięcej przyjemności sprawiło mi malowanie postaci. Na ścianie pojawiły się wszystkie najbardziej charakterystyczne smerfy, a nawet Gargamel. Dzięki temu nie była to tylko dekoracja z domkami i drzewami, ale mała scena z bohaterami, których zna prawie każde dziecko.
Nie zależało mi na dużym, krzykliwym malowidle. Chciałam raczej czegoś pogodnego i lekkiego – ilustracji, która będzie naturalnie wpisywała się w przestrzeń dziecięcego pokoju. Domki w kształcie grzybów, trochę zieleni i kilka postaci wystarczyło, żeby zwykła ściana nagle zaczęła wyglądać zupełnie inaczej.
Dzisiaj, kiedy patrzę na zdjęcia tego malowidła, widzę nie tylko obraz na ścianie. Przypomina mi się też moment, w którym powstał – końcówka ciąży i czas przygotowywania pokoju dla dziecka.
Takie prace zawsze są trochę inne niż wszystkie pozostałe. Powstają w bardzo konkretnym momencie życia i zostają z nim na długo powiązane.







