+48665841456 kontakt@kingaluczak.pl

Często przeglądam w internecie prace innych rysowników i trafiam na rysunki, które na pierwszy rzut oka robią ogromne wrażenie. Są dopracowane w każdym szczególe, technicznie perfekcyjne — a mimo to coś sprawia, że po prostu mi się nie podobają. Jest hiperrealizm, perfekcyjne przejścia tonalne, skóra dopracowana jak w powiększeniu makro, pełna skala szarości, miękkie cienie, zero przypadkowości. Wszystko „dopięte na ostatni guzik”.

I komentarze pod takimi pracami są zwykle przewidywalne – pełne „ochów” i „achów.

I ja to rozumiem. Naprawdę.

Bo to robi wrażenie. Widać ogrom pracy, cierpliwość i technikę. Tylko że im dłużej sama rysuję, tym mniej mnie to przekonuje.

Dlaczego tego nie kupuję

Bo zaczęłam widzieć w tym pewien powtarzalny mechanizm. W wielu takich rysunkach wszystko jest potraktowane jednakowo. Twarz, włosy, skóra, ubranie, czasem tło — wszystko opracowane do tego samego poziomu „skończenia”. Jakby celem było udowodnienie, że każdy fragment da się dopracować w nieskończoność.

I to właśnie tu zaczyna się mój problem, bo kiedy wszystko jest ważne w ten sam sposób, to nic nie jest naprawdę ważne.

Znika hierarchia

Nie ma miejsca, na którym oko się zatrzymuje. Nie ma pierwszego planu i drugiego planu. Nie ma prowadzenia wzroku. Jest tylko równomiernie wypełniona powierzchnia. I w pewnym momencie taki rysunek przestaje działać jako obraz, nie niesie treści. Jest perfekcyjny i… pusty.

Bez napięcia. Bez decyzji. Bez kierunku.

I znika coś jeszcze ważniejszego — artysta

W moim odczuciu w całym tym procesie, w takich superdopracowanych, hiperrealistycznych rysunkach nie widać najważniejszej osoby — autora.

Wszystko jest technicznie poprawne, ale jednocześnie bezosobowe. Jakby ręka była perfekcyjna, ale świadome patrzenie na świat gdzieś się rozmyło.

Dla mnie rysunek jest zbiorem decyzji — ale to jest dopiero wierzchołek góry lodowej.

Pod spodem jest coś dużo ważniejszego: powód.

Dlaczego ja w ogóle to rysuję? Dlaczego wybieram tę konkretną referencję, tę twarz, tę postać? Co mnie w niej zatrzymało? Co mnie poruszyło? Co chcę pokazać widzowi?

Moim celem nie jest odtworzenie obrazu – chcę pokazać to, co trzyma mnie przy tej referencji.

Chcę powiedzieć: „zobacz to tak, jak ja to widzę”.

Chcę, żeby ktoś patrzący na rysunek zobaczył w tej osobie to, co zobaczyłam ja, żeby zobaczył ją moimi oczami.

Rysunek to nie jest „wszystko na raz”

Dla mnie to jest kluczowa różnica.

Rysunek nie polega na tym, żeby pokazać, ile potrafię dopracować. Nie polega też na tym, żeby wiernie przenieść zdjęcie.

Rysunek zaczyna się wcześniej. Zaczyna się w wyborze. W tym, co w ogóle chcę narysować — i dlaczego.

Kiedy wybieram referencję, coś mnie w niej zatrzymuje. Spojrzenie, napięcie, charakter, czasem coś trudnego do nazwania, ale bardzo konkretnego w odczuciu. I to jest moment, w którym rysunek powinien zacząć być interpretacją, a nie kopią.

Szczegół nie jest wartością samą w sobie

Coraz mniej interesują mnie prace, które są po prostu „idealnie dopieszczone”. Dopracowanie wszystkiego do tego samego poziomu nie daje ani kierunku, ani historii, ani poczucia, że ktoś naprawdę patrzył. Często w takich rysunkach widzę też coś jeszcze: pełną skalę szarości, ale bez skrajności. Dużo półtonów, miękkie przejścia, ale brak mocnej czerni i czystej bieli.

Wszystko jest bezpieczne, ale jednocześnie męczące w odbiorze z uwagi na masę szczegółów. Jakby celem było: „potrafię narysować wszystko”, zamiast: „wiem, co warto narysować”.

I wtedy pojawia się pytanie

Co taki rysunek właściwie mówi o autorze — poza tym, że ma cierpliwość i warsztat?

Bo dla mnie rysunek nie jest egzaminem z dokładności. Jest zbiorem decyzji. Co zostawiam ostre, co upraszczam, co skracam, co pomijam. Gdzie prowadzę wzrok, a gdzie pozwalam mu odpocząć.

Jeśli tych decyzji nie ma — zostaje tylko poprawnie zarysowana kartka.

Zmiana spojrzenia

Kiedyś patrzyłam na takie „hiperszczegółowe”, hiperrealistyczne prace zupełnie inaczej. Były dla mnie niedoścignionym poziomem — czymś, do czego się dąży, ale co zawsze będzie trochę dalej.

Dziś widzę je inaczej. Nie jako wzór, tylko jeden z możliwych sposobów pracy. Bardzo wymagający, bardzo czasochłonny, ale niekoniecznie mówiący cokolwiek o tym, co autor chce powiedzieć. I przede wszystkim nierezonujący ze mną.

I chyba najważniejsza zmiana jest taka, że przestałam traktować szczegół jako wartość samą w sobie.

Co zostaje, kiedy znika „perfekcja”

Dla mnie dobry portret nie musi być pełny. Często działa lepiej wtedy, kiedy jest nierówny. Kiedy coś jest mocniejsze, coś słabsze, coś tylko zasugerowane. Uwielbiam takie prace.

Bo wtedy widać nie tylko umiejętność.

Widać spojrzenie. I decyzję.

A przede wszystkim — widać artystę.

I to jest coś, czego nie da się „dopracować”.