+48665841456 kontakt@kingaluczak.pl

Niedawno miałam okazję rysować portret około dwuletniej dziewczynki. To doświadczenie, które daje dużo satysfakcji, ale jednocześnie wymaga dużej koncentracji i kontroli nad tym, co trafia na papier.

Przy tak małym dziecku rysy nie są jeszcze wyraźnie określone. Nie ma ostrych krawędzi, mocnych załamań ani kontrastów, na których można się „oprzeć”. Zamiast tego wszystko jest miękkie, a przejścia między partiami twarzy są subtelne — często bardziej wyczuwalne niż widoczne.

W odróżnieniu od portretów starszych dzieci (pisałam o tym tutaj), gdzie trzeba zostawić więcej miejsca dla wyobraźni widza i świadomie operować niedopowiedzeniem, w przypadku portretowaniu bardzo małych dzieci tych niedopowiedzeń jest jeszcze więcej. Twarz nie składa się z wyraźnie zaznaczonych elementów, tylko z bardzo subtelnych relacji między nimi. W pewnym sensie wszystko sprowadza się do minimalizmu, w którym każdy dodatkowy akcent ma znaczenie.

W takich portretach mniej przestrzeni zostaje na interpretację widza. To, co w starszych twarzach można jeszcze poprawić i dopracować (tutaj pisałam o rysowaniu twarzy osób starszych), przy maleńkich dzieciach musi być ujęte w sposób bardzo oszczędny i kontrolowany.

W praktyce oznacza to powściągliwe podejście do detalu. Cień pod oczami często ograniczam do minimum albo całkowicie pomijam. Górna powieka lepiej, żeby nie była zamknięta wyraźną linią — bardziej przekonujące są miękkie przejścia niż kontur, choć tutaj sporo zależy od referencji. Usta również nie potrzebują mocnego obrysowania; zbyt zdecydowana linia potrafi natychmiast zmienić ich wyraz i dodać twarzy nieadekwatnej „dorosłości”.

Policzki są szczególnie wrażliwe na nadmiar modelunku. Kilka zbyt ciemnych akcentów wystarczy, żeby utracić naturalną miękkość i sprawić, że twarz zaczyna wyglądać na bardziej określoną, starszą, mniej dziecięcą.

Włosy z kolei kuszą, żeby je dopracować. Łatwo wpaść w rytm pojedynczych pasm i linii, ale im więcej takich elementów, tym bardziej zaczynają dominować i odciągać uwagę od twarzy. W tym wieku lepiej traktować włosy jako większe, uproszczone plamy, zostawiając jedynie kilka świadomych akcentów.

Najważniejsze w całym procesie było dla mnie pilnowanie momentów, w których pojawia się potrzeba „jeszcze czegoś”. Każda poprawka wymagała rewizji, czy faktycznie coś wnosi, czy jest tylko odruchem wynikającym z przyzwyczajenia do dalszego dopracowywania.

W pewnym momencie rysunek był jeszcze do „poprawienia”. Technicznie dało się coś pogłębić, wyrównać, doprecyzować. Jednak każda kolejna ingerencja zadziałałaby na jego niekorzyść.

W moim odczucie przy tworzeniu portretu maleńkich dzieci nie chodzi o to, żeby doprowadzić rysunek do stanu pełnej kontroli nad każdym fragmentem. Raczej o to, żeby zatrzymać się wtedy, kiedy dalsza praca przestaje służyć podobieństwu. Ta granica jest tu wyjątkowo delikatna i wymaga sporej dyscypliny.