Ten rysunek nie powstał jako klasyczny portret aktora ani ćwiczenie z anatomii twarzy. Inspiracją była dla mnie konkretna kreacja filmowa. „Dracula” Francisa Forda Coppoli to film, który od lat mnie fascynuje – przerysowany, teatralny, z piękną scenografią i kostiumami, bez wszechobecnych teraz efektów specjalnych. To kino, w którym obraz jest świadomie zbudowanym nośnikiem emocji.
Wybór tej referencji nie był przypadkowy ani czysto estetyczny. Dojrzewał we mnie od dawna. Wiedziałam, że nie będzie to dla mnie łatwy rysunek – i właśnie dlatego zdecydowałam się na ten kadr.
Wybrałam scenę z lampą – jedną z najbardziej charakterystycznych wizualnie i jedną z moich ulubionych scen z filmu. Widzę ten kadr i dźwięczą mi w uszach słowa Draculi: „Witam w moim domu. Proszę wejść z własnej woli i zostawić trochę szczęścia, które pan ze sobą przynosi”…
Światło nie tylko oświetla tam pełną zmarszczek twarz Draculi, ale ją rozbija, deformuje i uwydatnia zmarszczki. Pojawiają się ostre kontrasty, półcienie i nieregularne plamy światła, które trudno oddać rysunkowo. Ogólnie kadr jest zatopiony w ciemnościach z jednym tylko źródłem światła.
Ta referencja była dla mnie wyzwaniem nie tylko technicznym, ale i koncepcyjnym. Zawierała ogrom detalu: zmarszczki, fakturę skóry, ciężką szatę ze zdobieniami, ażurową lampę. Już na starcie wiedziałam, że nie chcę i nie muszę tego wszystkiego rysować. Interesował mnie klimat sceny, a nie fotograficzna dokładność.
Założyłam zdecydowany kontrast – twarz miała wyłaniać się z ciemności. Półcienie są obecne, ale podporządkowane relacji światło–cień. To one miały budować formę, a nie kontur. Lampa została potraktowana nie jako obiekt do precyzyjnego odrysowania, ale jako źródło światła. Zrezygnowałam z oddawania ażurowych refleksów. Zależało mi na tym, by światło było czytelne poprzez jego wpływ na twarz oraz szatę, a nie poprzez szczegóły jego źródła.
Szata została potraktowana bardziej syntetycznie. Jej rola polegała na domknięciu kompozycji i wzmocnieniu kontrastu, a nie na rywalizowaniu z twarzą o uwagę. Najtrudniejszym elementem było znalezienie równowagi między detalem a czytelnością. Referencja oferowała bardzo dużo informacji, ale ich nadmiar mógłby zabić charakter rysunku. Dlatego część detalu świadomie pominęłam i uprościłam.
Na początku powstał oszczędny szkic – zaznaczający proporcje. Był to raczej plan kompozycji niż szczegółowy rysunek.

Ze względu na to, że ten kadr jest bardzo ciemny i oparty na intensywnym cieniowaniu, zdecydowałam się na sposób pracy, który teoretycznie uznaje się za nieprawidłowy. Rysunek od początku był wykonywany „na gotowo”, od lewego górnego rogu do prawego dolnego. Chodziło o to, by nie brudzić kartki i nie rozcierać grafitu dłonią podczas pracy.

To rozwiązanie wymagało dużej koncentracji i przewidywania kolejnych etapów, ponieważ nie dawało komfortu swobodnego poprawiania całości. Każdy fragment musiał być przemyślany w kontekście całości już na etapie jego opracowywania.
Rysując, miałam w głowie nie tylko twarz, ale całą filmową konwencję – teatralność i sprzeczność tej sceny. Zagrożenie ukryte za na pozór miłym uśmiechem starca oraz wzrok, za którym ukrywają się nieczyste intencje. Nie zależało mi na gładkości ani „ładności”. Ważniejsze było dla mnie oddanie nastroju i ciężaru tej postaci. To rysunek, który wymagał ode mnie wyjścia poza dotychczasowe schematy.

Ten portret był próbą zmierzenia się z formą bardziej złożoną niż klasyczna głowa rysowana w neutralnym świetle. Pracą z silnym kontrastem, ciemną tonacją i światłem, które nie ułatwiają zadania, lecz je komplikują. Nie wszystko w tym rysunku jest wygładzone i bezpieczne – i dokładnie o to chodziło. To jedna z tych prac, które powstają z potrzeby sprawdzenia własnych granic. Patrzę na niego i wiem, że mógł być wykonany lepiej, widzę swoje błędy, ale nie będę ich poprawiać.
Jest on dowodem stanu moich umiejętności na tę chwilę i taki zostanie.