Od czasu do czasu trafiam w internecie na dyskusje o tym, kto jest „prawdziwym artystą”. Kto skończył odpowiednią szkołę, kto tworzy sztukę przez wielkie „S”, a kto „tylko rysuje”. I zawsze myślę wtedy o jednej rzeczy: ja po prostu rysuję.

Nie tworzę wiekopomnych dzieł. Mam pełną świadomość, że za sto lat nikt prawdopodobnie nie będzie pamiętał o moich pracach i nie zapiszę się na wielkich kartach historii. Zresztą, gdyby miała ona zapamiętać wszystkich zdolnych rysowników, malarzy i rzemieślników, którzy żyli przed nami, musiałaby pomieścić setki tysięcy, jeśli nie miliony nazwisk. Większość z nich z czasem jednak zniknęła z powszechnej świadomości.

Dla jednych taka myśl mogłaby być paraliżująca. Dla mnie jest wyzwalająca.

Skoro nie piszę się na karty historii, nie muszę nikomu niczego udowadniać. Nie muszę udawać wielkiej artystki ani budować wokół swojej pracy patosu. Nie muszę też mówić o niej językiem, którego sama nie czuję. Mogę po prostu robić swoje. Rysować.

Przez ponad dwadzieścia lat doszłam do kilku własnych wniosków. Nie traktuję ich jak prawd objawionych ani recepty na sztukę. To po prostu sposób, w jaki sama patrzę na portret.

Dlatego bliższa jest mi interpretacja niż wierne kopiowanie fotografii. Podziwiam warsztat twórców, którzy potrafią osiągnąć fotograficzną dokładność, ale mnie bardziej interesuje coś, czego nie da się zmierzyć linijką. Charakter. Emocje. Psychologia postaci. To, co sprawia, że przestajemy patrzeć na rysunek, a zaczynamy myśleć o człowieku.

Nie twierdzę, że mam rację. W sztuce chyba nikt nie ma na nią monopolu. To jest po prostu mój punkt widzenia.

Dlatego ten blog również nie jest miejscem, w którym chcę udawać nieomylny autorytet. Myślę o nim jak o drodze, a nie muzeum narodowym. Nie piszę dlatego, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Piszę, bo lubię dzielić się tym, o czym myślę, siedząc wieczorem nad białą kartką.

Gdybym miała poruszać wyłącznie tematy, w których czuję się w stu procentach bezpiecznie, pewnie pisałabym o temperowaniu ołówków. Wolę jednak pokazać Wam świat takim, jakim sama go widzę. Czasem mogę się mylić, albo zmienić zdanie. I to też będzie w porządku.

Nie rysuję dla wieczności. Rysuję dla tej jednej osoby, która odbierze portret kogoś bliskiego i na chwilę się wzruszy. Dla niej ten rysunek będzie stanowił wartość i to naprawdę wystarczy.

To nie jest pycha. To nawet nie jest ambicja.

To po prostu skromna, rzetelna prawda o rzemiośle, w którym za każdym razem zostawiam kawałek siebie. Dla historii sztuki to pewnie niewiele. Dla mnie – absolutnie wszystko. Dlatego jutro znów siądę do biurka i zacznę od nowa.

Bez patosu. Po prostu.