Wchodzisz na Instagrama, Pinteresta czy dowolnego bloga artystycznego i co widzisz? Same arcydzieła. Perfekcyjnie wykończone portrety, idealny światłocień, ani jednej zbędnej kreski. Twórca wrzuca 15-sekundową rolkę, na której muska papier ołówkiem, a spod jego ręki – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – wyłania się fotorealistyczna twarz.

Powstaje piękna, ale też potwornie szkodliwa iluzja. Iluzja, że artysta siada do czystej kartki i od razu, bez wysiłku, tworzy coś perfekcyjnego.

Dziś mam ochotę rzucić w to idealne, internetowe akwarium spory kamień. Pokazywanie wyłącznie „wyczyszczonych z błędów” prac to trochę oszustwo. Dlatego dzisiaj, zamiast moich najlepszych rysunków, wyciągam z szuflady coś, czego większość rysowników pilnie strzeże przed światem: moje najstarsze, niedoskonałe, momentami wręcz koślawe początki.

Patrzę na te rysunki i z dzisiejszej perspektywy widzę tu wszystko, co poszło nie tak. Tutaj uciekało mi oko, tam cieniowanie zamiast budować trójwymiarowość stało się po prostu plamą brudu, a włosy przypominają siano, a nie żywą strukturę. Wszystko „pięknie” obrysowane grubą kreską konturu, żeby widz widział wyraźnie gdzie się kończy człowiek, a zaczyna tło. Proporcje leżą, anatomia płacze.

Była jeszcze moja absolutnie autorska metoda pracy, nad którą dzisiaj łapię się za głowę. Z jakiegoś powodu rysunek zawsze zaczynałam od oczu. Rysowałam je jako pierwsze, na samym środku czystej kartki, a dopiero potem wokół nich próbowałam budować resztę twarzy i głowę – oczywiście bez żadnego wstępnego rozplanowania rysunku, bo wtedy po prostu jeszcze nie miałam pojęcia, że trzeba to zrobić.

„Z Bogiem sprawa”, jeśli model na zdjęciu był skierowany prosto na mnie. Wtedy jakoś to szło. Ale kiedy głowa była choćby lekko skręcona w prawo lub w lewo zaczynał się dramat. Nagle okazywało się, że tył głowy… najzwyczajniej w świecie nie mieści się na kartce! Kończył mi się papier, a mój bohater zostawał z uciętą czaszką, bo oko umieszczone na samym środku zdeterminowało całą resztę.

I wiecie co? Wspominam to wszystko z sentymentem. Bo kiedy myślę o tamtych chwilach, przypominam sobie coś bardzo ważnego: wtedy, te dwadzieścia kilka lat temu, byłam autentycznie zachwycona tymi efektami. Patrzyłam na skończony rysunek i czułam ogromną dumę. Co więcej – sam proces rysowania sprawiał mi gigantyczną, czystą przyjemność. Nie było we mnie dzisiejszego wewnętrznego krytyka. Był tylko ołówek, papier i radość z tego, że tworzę.

Dlaczego artyści tak rzadko pokazują swoje stare, słabe prace?

Bo boimy się oceny. Wolimy budować wokół siebie mit „wrodzonego talentu”, jakby umiejętności pojawiły się nagle, gotowe i kompletne. Tylko że chowając do szuflady własne błędy i porażki, odcinamy się od najważniejszej części naszej historii — od jej początku.

Talent to za mało

Ludzie często patrzą na dobre prace i mówią: „O, jaki wielki talent, zazdroszczę, też bym tak chciał”. Ale talent to nie wszystko. Zresztą poruszałam już kiedyś ten temat tutaj. Umiejętność rysowania to nie jest coś, z czym się rodzimy.

To, co widzicie na moich starych rysunkach, to nie był talent, czy brak talentu. To był potencjał, początek drogi.

Za każdym dzisiejszym i przyszłym rysunkiem stoją setki godzin spędzonych z ołówkiem w ręku. To są lata ćwiczeń, to jest potworna frustracja, kiedy ręka nie umie przelać na papier tego, co widzi oko. To jest samozaparcie, kiedy po raz dziesiąty wycierasz ten sam fragment, aż w kartce robi się dziura, i przede wszystkim – to jest nauka uważnej, głębokiej obserwacji świata.

To nie geny rysują. Rysuje wypracowana uporem i cierpliwością dyscyplina.

Radość ukryta w błędach

Gdybym wtedy, na samym początku, wymagała od siebie poziomu, który mam dzisiaj (a który nadal nie jest dla mnie zadowalający), prawdopodobnie rzuciłabym ołówki w kąt po pierwszym tygodniu. Oczekiwanie natychmiastowej perfekcji to najprostsza droga do artystycznego paraliżu. Tamta dawna radość i satysfakcja z „krzywych” rysunków były moim paliwem. To one pozwoliły mi zostać przy rysowaniu na tyle długo, żeby naprawdę zacząć się rozwijać.

W prywatnych notatkach zapisałam kiedyś jedno zdanie, do którego często wracam:

„Jeśli radość jest w procesie, to każdy rysunek już jest spełnieniem”.

Te moje najstarsze, słabe technicznie prace też były spełnieniem. Były nim, bo nauczyły moje oko patrzeć, a rękę – reagować. Były poligonem doświadczalnym, bez którego nie osiągnęłabym poziomu, na którym jestem teraz.

Więc jeśli właśnie pracujesz nad rysunkiem i masz ochotę zgnieść kartkę, bo nos wyszedł krzywo (albo znowu zabrakło Ci miejsca na tył głowy) – zatrzymaj się na chwilę.

Przypomnij sobie, jak to jest czerpać frajdę z samego faktu tworzenia. Odłóż ten rysunek do szuflady. Za kilka lat wyciągniesz go, uśmiechniesz się do siebie i wrzucisz na swojego bloga, żeby pokazać innym, że droga do własnego stylu zawsze bywa umazana grafitem, usłana błędami i daleka od perfekcji. I może dlatego jest tak fascynująca.